Golden Job

Gwinea wschodnia. Kopalnia złota. Zajęcie dla połowy mieszkańców małej wioseczki Sangbarala odciętej od świata rzeką Niger. Pracują w siedmioosobowych zespołach. Cały dzień. Szyb ma średnio około 10 metrów głębokości. Złoto trzeba wydobyć z rozkruszonych skał i wypłukać. Dzienny zarobek na osobę, średnio od 10 do 20 tys Franków Gwinejskich (od 5 do 10 zł). Złoto jest tu dobrem wspólnym. Każdy może je wydobywać. Cena w skupie jest jednak na tyle niska, że mieszkańcy Sangbarala porzucają to zajęcie w porze deszczowej, zajmując się wtedy uprawą ziemi.

gwinejka_small

kopalnia1_small kopalnia2_small kopalnia3_small kopalnia4_small kopalnia5_small kopalnia7_small kopalnia8_small kopalnia9_small

Reklamy

Dwa Światy Fotografii – Polskie Radio program 1

..moje parę słów prawdy o dzisiejszym zawodzie fotografa. Może nawet o parę słów za dużo:

http://www.polskieradio.pl/7/2934/Artykul/1587447,Prawda-kadru-i-miejsca-Dwa-swiaty-fotografii

oraz

9 wejść w Polskim Radiu na temat wypraw do Kenii

http://www.polskieradio.pl/18/4629/Artykul/1645502,Egzotyczna-Kenia

Uncolored Life Pictures..

duma-small

pod schodami-small

fajna-small indianka-bw-small mexico b_w-small na sznurku-small ranek-small stary-small Zinacantán-small

MEXICO

 

je kukurydze-small trzech-small

smutna-small

myto-small

facio-small kura-small

dziecko-small

dzieci-small guanajuato1-small indianin3-small

Mexico City-lr-small

mięso-small

may-small

baby-small mięso2-small

I Edycja Expedycji Gambia-VIDEO

Zmierzch

IMG_0172-2

W Afryce zmierzch trwa 10 minut. No, może 15 minut, nie dłużej. A ciemniej robi się w chwilę po tym jak słońce przestaje palić i oślepiać. I wtedy zapada. Zjawiskowo magiczny. Pudrowa poświata muska tylko delikatnie widzialny jeszcze świat a potem psztyk! I noc. Od tego momentu na głównych drogach gęstnieje drepczący w pyle tłum. W malutkich uliczkach i przed podwórkami nie wiadomo skąd pojawiają się nowi i nowi ludzie by dokądś wciąż wędrować. Kobiety kroczą dostojnie z misami i tobołkami na głowach, dzieci biegają jak szalone pomiędzy samochodami ganiając kozy a ruch uliczny wzmaga się na głównych jezdniach, na których jest oświetlenie. Wzmaga aż do kompletnego zakorkowania. O zmierzchu Afryka budzi się do lepszego, wieczornego życia, po ciężkim słonecznym dniu.

Mój szofer wybiera trasę na skróty. Wie o co chodzi. Wiadomo, tubylec. Ja przecież bym się tu rozpłakał gdybym miał nawet GPS. Ale na co komu GPS, szofer jest przecież u siebie. Skrót ciemnymi uliczkami miejskiej, zbitej aglomeracji oznacza mękę przez doły, rowy, zalane wodą z pękniętej rury uliczki i bujanie się przy dźwiękach skrzypiącego zawieszenia. Przedzieramy się poprzez tętniące życiem mroczne zakamarki. A ile tu zapachów! Wciąż jest gorąco, więc odkręcam szybę do samego dołu. Suniemy nie szybciej niż 3 km na godzinę. Doganiają nas gęste kłęby własnych spalin i rzecz jasna wpadają do środka. Ale z sekundy na sekundę ta wonna oprawa zmienia się. Zapachy rozkładających się resztek mięsa mieszają się z perfumami wypachnionych na wieczór afrykańskich elegantek i smukłych elegantów. A w chwilkę później swąd palonych śmieci wlatuje do kabiny, jakby na ostateczne przypomnienie, że to Afryka a nie elegancka ulica w drogiej dzielnicy Paryża. Przeciskamy się ciasnym gardłem wśród zbitej zabudowy a co kilkadziesiąt metrów przed domami rozpoczyna się wieczorna biesiada. Jakaś kobieta kroi wielkiego, soczystego arbuza, dookoła którego gromadzi się pełno dzieci. Dorośli rozsiedli się wokół na drewnianych deskach, plastikowych skrzynkach i w kucki. Doły i wyrwy w bitej, ziemnej drodze są momentami tak ogromne, że kierowca staje i zastanawia się czy przejedziemy. Daliśmy radę. Skręcamy w inną ulicę i nawierzchnia się zmienia. W bladym świetle reflektorów widzę, że jedziemy po drodze na której zalega 10-cio centymetrowa warstwa ubitych śmieci. Jedziemy po takiej nawierzchni już 5 minut. Może to dobry znak rozpoznawczy jak się tu jest bez nawigacji. Kto wie. A jednak nie. Mężczyzna zatrzymuje samochód, uśmiecha się szczerze i rozbraja mnie dokumentnie pytaniem:

-“Wiesz gdzie to jest? Znasz okolicę?”. Rozbawił mnie tym naprawdę i szczerze uśmieliśmy się obaj. -„Słuchaj, gdybym znał okolicę i wiedział gdzie to jest, to przyszedłbym sobie tutaj dzisiaj na spacerek zamiast brać taksówkę”-odpowiadam.

Dzielnica Fajikunda to część nabitej mieszkańcami Serekundy. Całość tworzy gęsto zabudowany obszar wielkości warszawskiej dzielnicy Targówek. Tyle, że to prawdziwy labirynt. Problemem jest dodatkowo fakt, że żaden dom w Gambii nie ma numeru. Żadna ulica, poza paroma głównymi arteriami nie ma też nazwy. Jeśli chcesz dotrzeć w określone miejsce, musisz wiedzieć dokładnie gdzie jechać albo po prostu wykręcić numer telefonu osoby do której jedziesz i wręczyć z uśmiechem słuchawkę taksówkarzowi. Wyjmuję z kieszeni swój lokalny telefon i właśnie to robię, z nadzieją podając aparat swojemu szoferowi. Konwersacja trwa dobre 5 minut. Język rozmowy zmienia się nagle z angielskiego na Wolof – to dobry znak, w swoim narzeczu powinni dogadać się lepiej niż w urzędowym. Gadają. Kątem oka zauważam w ciemnościach, że ktoś podbiega do naszego samochodu. Młody chłopak szarpie za klamkę i wykorzystując sytuację, że nasza taksówka stoi, wskakuje na przednie siedzenie. Jest gotowy do jazdy i bardzo zadowolony. Szofer kończy rozmowę i ociera ręką czoło. Fakt, że zwyczajowo, najpopularniejsze, malowane na żółto taksówki nie jeżdżą w Gambii z jednym klientem. Po drodze przeważnie dosiada się do samochodu sukcesywnie komplet pasażerów. To tutaj normalne. Jednak szofer postanawia zrezygnować z dodatkowej fuchy i pozbywamy się mocno zdziwionego tą decyzją klienta. Ruszamy. Musimy zawrócić. W takiej uliczce trzeba to zrobić minimum na 6 czy 8 razy ale jestem zadowolony bo to znak, że już wiadomo gdzie mamy jechać. Przynajmniej w którą stronę.

-”Wiem już”- sapie kierowca.

Cudownie! Naprawdę jestem zadowolony. Doceniam znowu fakt, że tutaj nie ma taksometrów. Chcesz gdzieś dojechać- umawiasz cenę przed jazdą. A ile czasu będzie trwać dojazd i czy to będzie proste czy trudne? Nie twój problem.

Nareszcie, w końcu jedziemy do celu. Nie to żebym narzekał ale zaczyna mi się dłużyć. A nie powinno, bo sytuacji które mijamy jest tak wiele, wszystko jest tak piekielnie ciekawe i inne, że wystarczyłoby filmować je jedną po drugiej a materiał wystarczyłby na niezły film reportażowy. Trwa powrót po śmieciach. Powtórka z zapachu padliny i coś nowego- aromat tlącego się drzewnego węgla. Wyczuwam w pewnej chwili nawet czyjąś kolację. Chyba ryba. Sam nie wiem. Droga robi się szersza. Lokalna muzyka miesza się z gwarem biesiadujących na ulicy ludzi.

-„A jak w ogóle ona wytłumaczyła Ci którędy jechać? Przecież nawet nie wiemy gdzie jesteśmy”-pytam, robiąc jednocześnie zdjęcie ulicy telefonem. -„Nie wytłumaczyła mi. Ale wiem już gdzie jej szukać, żeby ją spotkać. Wsiądzie z nami i pokaże nam jak mamy do niej dojechać”.

Afryka…powrotów c.d

zachód

Zrzucam z siebie plecak, podróżny wór i padam na łóżko jak martwy. Znów tutaj. Znów w objęciach zachodniej Afryki.  W otulinie wilgotnego, ciepłego powietrza, w aromacie afrykańskich perfum i zatęchłego zapachu. Nie mam już zupełnie siły na myślenie. To był straszny trudny dzień. Nawet tydzień, dwa…głowa pęka mi z bólu. Na leżąco jest lekka ulga. Cały luksus hotelowego pokoiku to wiatr z poklejonego plastrem wentylatora. Świeży zefir pozwala odpłynąć powoli w sen. Przebudzona chłodniejszym powiewem nocy cykada akompaniuje w rytm dobiegającej z oddali lokalnej muzyki. Cyka nierówno…zasypiam.

Budzi mnie poranna krzątanina hotelowej służby. Trwa moment zanim dochodzi do mnie gdzie jestem. Stukania, gwar dzieci i brzęk naczyń. Wyglądam za okno przez moskitierę.  Przysłonięte wilgotną mgiełką słońce rozpoczęło swą codzienną robotę. Jest 14-sty listopada godz. 9.00 lokalnego czasu. Termometr pokazuje w cieniu 31 stopni C. Wychodzę z pokoju. Powietrze i temperatura wybudzają łagodnie. Jest jak w szklarni. Ulica w Sukuta, dzielnicy aglomeracji Banjul jest dziś wyjątkowo senna. Siadam na frontowym murku starając się na przekór otaczającej mnie bezwładności ułożyć powolutku jakiś plan działania. Przypalam papierosa. Wieczorne informacje o zamachach w Paryżu dotarły do mnie SMS-em. Tylko taką formą łączności ze światem tutaj dysponuję jak na razie. Zamachy? Boże, jak bardzo ta informacja nie pasuje do oglądanej tu rzeczywistości. Zastanawiam się czy w ogóle chciałbym wiedzieć cokolwiek więcej na ten temat. To przecież niedorzeczne, jakby nieprawdopodobne wieści. Piaszczystym skrajem jezdni idzie młoda, wysoka kobieta z wielką balią na głowie i z przytroczonym na plecach dzieckiem. Ona sunie, nie idzie. Jej głowa przesuwa się w poziomie nieruchomo, napędzana przez zgrabne, długie nogi zakryte jaskrawo-zieloną suknią. Za chwil kilka sunie kolejna i potem jeszcze jedna głowa z balią. Czy one mogą coś wiedzieć o zamachach w Paryżu? Jedna z idących ulicą kobiet rozpoczyna konwersację z jadącym na rowerze z przeciwnej strony mężczyzną. Rozmawiają, nie zatrzymując się. Ona idzie w swoją stronę i mówi. On nie zwalnia, jadąc dalej. Tak się wzajemnie przekrzykując wymieniają jakieś ważne uwagi. Konwersacja urywa się dopiero wtedy, gdy prawie zupełnie przestają się słyszeć.

Wracam na hotelowy mały dziedziniec otoczony wokół liśćmi bananowców. Wszędzie wokół wiszą piękne, zielone banany. W podcieniu właściciel hoteliku studzi herbatę dla swojej ślicznej, malutkiej córeczki. Facet nazywa się Jackie i promienieje naturalną radością afrykańskiego poranka.

-„Nigdzie się teraz nie ruszysz”-mówi do mnie z wyraźnie brytyjskim akcentem. -„Tą sobotę rząd wyznaczył jako dzień sprzątania kraju, wszystko jest pozamykane, nie wolno nawet jeździć dzisiaj samochodami- nowy przepis”.

To raczej źle, myślę sobie. A plany? Sprawy do załatwienia? Jak dostanę się do centrum miasta?

-”Nie martw się” -mówi Jackie widząc moją zmartwioną minę. -„Jak się nigdzie nie spieszysz to masz wtedy czas na myślenie, zastanawianie, obserwacje…to lepsze od pośpiechu. Wiem co mówię, urodziłem się w Anglii. Nigdy tam nie wrócę. Wolność jest tutaj, w Afryce. Większość z Was się tu w końcu przeprowadzi gdy już nie będą mogli znieść niewolnictwa zachodniej cywilizacji”.

Jackie się śmieje a ja zdaję sobie sprawę że nie powiedział tego w żartach. To było powiedziane zupełnie naturalnie i na poważnie. Wracam do pokoju. Wentylator nie działa. Nie ma prądu. Powolutku poddaję się sytuacji a czas staje jak na zawołanie… może to i lepiej.